Frankfurt

Pokój Piotra miał okno wychodzące na ulicę, z którego widać było fasadę Park–Hotelu, fasada ta zaś i jej wykwint stanowiły zawsze przedmiot naszych nienawiści, naszego podziwu i naszych tęsknot.

(Filip)

„Ulubionym zawodem narratora i jego świata staje się kelner” – pisze Inga Iwasiów przywołując postacie tyrmandowskich kelnerów z tytułowym Filipem z Filipa na czele i opisując sympatię pisarza dla kelnerskiego fachu, restauracyjnego luksusu i kuchennych schodów obecną także w powieściach późniejszych. Z kolei Paweł Dobrosielski  w tekście „Ten rodzaj wojny odpowiadał mi wyjątkowo” z tomu Ceglane ciało, gorący oddech, zauważa, że w opowieści syna Leopolda,  Matthew Tyrmanda „na wojenny epizod niemiecki przypada dosłownie puste miejsce – pomiędzy zdaniami «Uciekł w trakcie ewakuacji więzienia» (chodzi o więzienie Łukiszki w Wilnie), a «Po wojnie papa wrócił do Polski z Norwegii» w tekście książki pojawia się spore światło akapitowe”.

Gdzieś między tymi dwoma rozpoznaniami rozpościera się Tyrmandowski Frankfurt. Po dobrowolnym zgłoszeniu się na roboty do Niemiec Tyrmand, po kilku innych przygodach zawodowych, trafił na posadę kelnera w hotelu Koenigshof we Frankurcie, a po wzmożeniu się alianckich bombardowań miasta, wyjechał do Wiednia, gdzie również pracował w hotelu, jako portier, prowadząc „pierwszą w historii wojnę bakteriologiczną” z Niemcami. Wojna polegała na umiejętnym i zróżnicowanym w zależności od formacji wojskowej podsuwaniu odpowiednio chorych wenerycznie prostytutek niemieckim żołnierzom, co pisarz wspomina w swoim Dzienniku. Tytułowy bohater Filipa jest kelnerem w Park-Hotelu i to głównie przez pryzmat sali restauracyjnej, kuchennych schodów, offisu i ciasnych pokoików, w których „tuzinkowe rozkosze” odbywają bohaterowie powieści, patrzymy na nękane nalotami miasto.

W wąskiej części ulicy, po jej lewej stronie, rysowała się ciemną plamą smukła, wytworna fasada Park–Hotelu, nieco dalej ulica rozszerzała się w śródmiejski skwer, pełen drzew i akacjowego zapachu, przemieszanego z wonią samochodowych spalin. Przed ogródkami, poprzedzającymi tu każdą elegancką willową kamienicę, stały duże mercedesy i bmw z oznakami wysokich władz partyjnych i wojskowych. U nasady skweru, niemal naprzeciw Park–Hotelu, stał na skos do ulicy, za niziutkim murkiem, trzypiętrowy chudy domek o pośledniejszym wyglądzie: było to pomieszczenie dla hotelowej służby i biuralistów.

(Filip)

Park-Hotel jest metonimią zachodnioeuropejskiej wielkomiejskości, która składa się jednak z elementów tyleż konwencjonalnych (skwery, parki, bulwary, wille), co uogólnionych – raczej z atmosfery niż z topograficznych konkretów.

Rozgrzane upałem mury wokoło wyzwalały z tłumu mdły, wilgotny opar wielkomiejskiej intymności, łatwo przechodzącej w groźną martwotę zaciemnionego, śmiertelnie przerażonego miasta.

(Filip)

Barbara Hoff zaręczała, że jeśli Filip widzi na jakiejś frankfurckiej aptece odbity tynk, to możemy mieć pewność, że tynk był rzeczywiście w tym miejscu odbity, jednak wydaje się, że ta detaliczna sumienność nie stoi wcale w sprzeczności ze szczególną (nie?)wrażliwością przestrzenną Tyrmanda na „wszystko dziejące się poza Warszawą”. Jak pisze Paweł Dobrosielski, „mimo bogactwa faktograficznego, nagromadzenia szczegółów i skrupulatnego odtwarzania najdrobniejszych detali przestrzeń w której przychodzi funkcjonować bohaterom wydaje się zawsze taka sama, jak gdyby stanowiła jedynie konieczne tło dla fabuły i anegdoty – czy jest to obóz pracy w Moguncji, hotel we Frankfurcie czy port.”, co upodabnia prozę Tyrmanda do prozy Marka Hłaski z tym, że dla Hłaski wszędzie jest „nie do życia” i „nie do wytrzymania”, zaś dla Tyrmanda, przy odrobinie wdzięku, sprytu i wysiłku, wszędzie da się i żyć i wytrzymać.

U siebie czułem się tylko na terenie sprzed kontuaru na lśniących, czystych kaflach podłogi kuchennego przedmieścia, na szerokich, wygodnych schodach, które można było przesadzać w paru skokach z kopiasto pełną tacą na opartej o ramię dłoni, w wypełnionym kelnerskimi treściami offisie, wśród zastaw, zmywaków, półek na niezliczone rodzaje kieliszków i szklanek, grzejników na talerze. Za wahadłowymi drzwiami offisu rozciągała się sala, a więc teatr wśród realnego bytu, pełen konwencji, umownych gestów, bezmyślnej nieszczerości i wymyślnych przedstawień.

(Filip)

To restauracja, klub, kawiarnia i emblematy wielkomiejskiego, nocnego życia, jazz, alkohol, dobry  ubiór i erotyczne podboje stanowią treści klimatu Filipa oraz oporu i kontestacji Filipa. Wnętrzom, mieszkaniom, pokojom hotelowym i „zaklętym rewirom” sal restauracyjnych poświęca zaś narrator dużo więcej uwagi, niż uogólnionej „wielkomiejskości” Frankfurtu. To w nich testuje on swoją przynależność do zachodnioeuropejskiego świata, swój dobry gust, a także – erotyczną sprawność.

Pięć po czwartej wkroczyłem do hotelu Minerwa na Kronprinzenstrasse. Właściwie raczej wbiegłem, ale hamowałem się co sił, więc wydawało mi się, że wszedłem dość powściągliwie. Był to mały hotel, mieszczący się w wąskiej, wysokiej kamienicy: w loży, na tle tablicy z kluczami, stał źle ogolony, stary portier w rogowych okularach i w tużurku o świecących, zatłuszczonych klapach. — Czy pani z dwunastki jest na górze? — spytałem. — Pani z dwunastki jest w salonie — powiedział portier; wyglądał kaprawo i myślał o mnie w tej chwili kaprawo, czułem to doskonale. Uczyniłem dwa kroki w poprzek ciasnego westybulu i znalazłem się za drzwiami z secesyjnie karbowanego szkła z wkomponowanym w deseń napisem „Salon dla gości”; za drzwiami był zwykły, dość ciasny pokój; stało tu kilka burych ze starości, wytartych foteli, suchotnicza palma w doniczce o szarych z kurzu liściach, dwa fikusy w tym samym gatunku i połamany sekretarzyk pod ścianą. W jednym z foteli siedziała Eufrozyna. Nie podniosła się na mój widok, jedynie wyciągnęła rękę, gestem znanym z findesieclowych pocztówek z powinszowaniem imienin. — Wolałam czekać w salonie — powiedziała. — Rozumie pan? — Rozumiem — odparłem skwapliwie i poczułem się doskonale: jej pierwsze słowa umacniały mnie w przekonaniu, że przyjechała wyłącznie po to, na czym mi najbardziej zależało.

(Filip)

Najbezpieczniej jest w oku cyklonu, powtarza sobie i nam bohater-narrator, prowadząc z Niemcami wojnę ekonomiczno-erotyczną. „Ten typ wojny odpowiadał mi wyjątkowo” – mówi Filip-Tyrmand i ten typ wojny zdaje się najbardziej pasować do Tyrmandowskiej wizji świata, która odrzuca patos i tradycyjny, tyrtejski patriotyzm, na rzecz wdzięcznej ironii i eleganckiego sprytu, jednocześnie te dwie kategorie upatetyczniając.

Ale „ten typ wojny” ma też drugie dno – ukrywanie głębszej tożsamości. Paweł Dobrosielski, idąc za rozpoznaniami Ingi Iwasiów ukazuje podszewkę kelnerskiego kostiumu i pozornie beztroskich obyczajowych hulanek w paszczy lwa. Zgłaszając się dobrowolnie na roboty do Niemiec, Tyrmand chciał uniknąć identyfikacji jako Żyd, a więc śmierci. A nieustanne podróże, peregrynacje, zmiany tożsamości, uniki i prześlizgi Filipa i innych Tyrmandowskich bohaterów są, zdaniem badaczki, nie tylko ucieczką przed fizyczną przemocą, ale i przed narzucaną tożsamością, wymuszoną identyfikacją, szufladkującą etykietą.

Na podobieństwo Filipa do Zaklętych rewirów Henryka Worcella zwróciła uwagę po raz pierwszy Maria Jarochowska, w prasowej polemice ze Stefanem Kisielewskim i Andrzejem Kijowskim, ale dla dzisiejszego czytelnika skojarzenie jest nieodparte, choć będzie to skojarzenie raczej z filmem Janusza Majewskiego, niż z powieścią Worcella. W obu dziełach sala restauracyjna jest metaforą stosunków społecznych i międzyludzkich, a bohaterowie mogą przyglądać się małym gierkom, brudnym interesom, nieczystym zagraniom, z uprzywilejowanej pozycji, co nie oznacza, że sami pozostają niewinni, wręcz przeciwnie. Jednak Zaklęte rewiry to nie jedyne literackie skojarzenie, jakie można mieć z Filipem. Motyw wojny i kuchni, wojny i restauracji, wojny i gastronomii, wojny i rozrywki, nocnego lokalu jako przestrzeni, która jak w soczewce (albo, idąc za teatralną metaforą samego Filipa, jak w teatrze) skupia i prezentuje różne postawy, typy ludzkie, wzorce zachowań, pojawia się też w Sonacie marymonckiej Marka Hłaski. Filip ma jednak od początku więcej samoświadomości i wyrachowania niźli obserwujący teatr nocnego życia bohaterowie Worcella/Majewskiego i Hłaski; rozpoznajemy jednak podobne tropy i motywy, a na pewno podobną atmosferę i klimat.  W Sonacie… eksplorowane są nieheroiczne aspekty okupacji: szmugiel, pędzenie bimbru, dorabianie się na ludzkiej krzywdzie. Scenerią wojny jest zaś szatnia i sala restauracyjna w Radomsku, gdzie mistrz Juliusz Łąbędzki, pieśniarz Warszawy (w istocie Juliusz Kaczor z Piotrkowa Trybunalskiego), przeplata Lili Marleen z Nie szumcie wierzby nam… („Trochę Lili Marlen, trochę o wierzbach, a kiedy goście mieli już twarze mętne i rozmazane, śpiewało się coś o szwoleżerach i interes szedł jak złoto”), wiecznie pijany Rotmistrz cierpi na hemoroidy i bełkocze coś o lancach i ułanach, a volksdeutsche, Niemcy i Polacy załatwiają szemrane interesy, upijają się, cierpią i hołdują zasadzie „życiowo, przejściowo i podejściowo”.

(KS)