Rockford

Leopold Tyrmand spędził w Stanach Zjednoczonych dwadzieścia lat. W tym czasie z liberała w kolorowych skarpetkach, niewinnego czarodzieja Warszawy, stał się konserwatystą, gorącym przeciwnikiem rewolucji obyczajowych i kochającym pater familias. Agata Tuszyńska pisze, że słynne skarpety zamienił na „dżinsy i ciemne koszule, granatowe, butelkowe, w odcieniach brązu”, a do swojego ostatniego, najbardziej konserwatywnego miejsca pracy – Instytutu Rockford w Illinois, pomyślanego jako centrum amerykańskiego konserwatyzmu – nosił „nieco staroświeckie garnitury”.

The Media Shangri-La, artykuł Tyrmanda ostro atakujący manipulacje lewicowych mediów, zaowocował zaproszeniem go do współtworzenia konserwatywnego Rockford Institute. Dla dobra amerykańskiego konserwatyzmu, w celu stworzenia niezależnego think-tanku z prawdziwego zdarzenia, przeciwwagi dla mediów z obydwu wybrzeży skażonych liberalno-lewicowymi skłonnościami, Tyrmand osiada na dobre w Rockford, na autentycznym amerykańskim „Środkowym Zachodzie”, w mieście położonym dwie godziny drogi od Chicago. W tej krainie „rednecków” chce kształtować moralno-kulturalny kompas dla Ameryki w postaci czasopisma „Chronicles of Culture”. Tyrmand wycofuje się w głąb kontynentu, najpierw mieszkając na jednym z osiedli w Rockford, potem budując dom na pustkowiach wokół miasta. Tam podejmuje wyzwanie: zbudować ośrodek, z którego oświecony konserwatyzm promieniowałby na całe Stany Zjednoczone. Choć „Chronicles of Culture” zyskują pewne zainteresowanie, to pozostają w tyle nie tylko za „New Yorkerem”, ale i za neokonserwatywnymi przedsięwzięciami takimi jak wspomniane „The Commentary”. Tyrmand, owszem, zwraca się na powrót intensywnie ku sprawom amerykańskim, lecz tyrady dotyczące mass mediów, rewolucji seksualnej i nihilizmu, komunizmu, a także „normalności – naszego szóstego zmysłu” nie pozostawiają miejsca urokowi stylu wielkomiejskiego dyletanta.

Dzieci Leopolda Tyrmanda przyszły na świat już na ostatnim etapie jego życiowej podróży przez Stany Zjednoczone, gdy pracował we wspomnianym już Rockford Institute. A jednak Matthew zdaje się nie żywić specjalnej sympatii do ostatniego geograficznego wyboru autora Cywilizacji komunizmu. Sam Leopold Tyrmand nazywał Rockford „amerykańskimi Katowicami”. Matthew Tyrmand jest w tej materii bardziej dosadny. W książce Jestem Tyrmand, syn Leopolda powraca kilkakrotnie, z pewnym poczuciem winy, do smutnej wizji, że gdyby nie przedwczesna śmierć ojca, spędziłby dzieciństwo w „okropnej dziurze na Środkowym Zachodzie”:

„Dorastałbym w smętnej mieścinie, dziewięćdziesiąt mil od Chicago, gdzie nie ma szeryfów i kowbojów, tylko upadający przemysł, a zamiast łanów kukurydzy, są bezpłciowe osiedla identycznych domków.”

Rockford jest dla niego „beznadziejnym zadupiem”. Można uznać, że Leopold Tyrmand, i jako przybysz z miast, co by nie mówić, mniejszych, bo europejskich, i jako imigrant po prostu, a więc skłonny do pewnych poświęceń w nowym kraju, i jako człowiek już w dojrzałym wieku, gdy się do Illinois przeprowadzał i wreszcie jako akulturowany Amerykanin, doceniający szczególną wartość wychowywania dzieci w niewielkim miasteczku o niskiej przestępczości i być może nienajgorszych szkołach, w sposób zupełnie zrozumiały na tym etapie życie nie miał nic przeciwko amerykańskim Katowicom. Niechęć syna do tego wyboru jest zresztą w tym świetle nie mniej oczywista i niemal stereotypowa. Chyba jednak nie warto na tym konserwatywnym – chciałoby się napisać: paleokonserwatywnym (albowiem, jak podkreśla Matthew Tyrmand, Rockford Institute po śmierci jego ojca stało się ostoją amerykańskich paleokonserwatystów, których zupełnie złośliwie można by opisać jako konserwatywnych konserwatystów, co zapewne nie raz robiono) – obrazie poprzestać. Droga Tyrmanda przez Amerykę – najważniejsze podróże i przeprowadzki w tym kraju, o których pisał i o których za niego napisano – jest bowiem trasą, jaką światopoglądowo przebył z Warszawy do Rockford. Daje ona pewien wgląd w to, co Ameryka zrobiła Tyrmandowi.

(OK)