Garwolineum

Tu mieszka Mama

BUDZĘ SIĘ
BURZA?
Rozbierają
rusztowania.
Zrywam się
– do Mamy!

Do Garwolina!
Grochowską.

(Z cyklu Garwolin i z powrotem)

Garwolin był dla Mirona Białoszewskiego podmiejską mekką, do której przez lata podróżował w poszukiwaniu kontaktu z matką, jedzenia… i chwili wytchnienia. Gdy ustabilizowała się jego sytuacja finansowa, a zaopatrzenie warszawskich sklepów poprawiło się, nie było już tak gwałtownej potrzeby, by szukać źródeł aprowizacji pod miastem. Natomiast w pierwszych latach po wojnie sytuacja materialna Białoszewskiego, wówczas pracownika poczty przy ulicy Nowogrodzkiej, później dziennikarza „Wieczoru” (przed zmianą tytułu „Wieczoru Warszawy”), a także początkującego poety, tworzącego wierszyki dla dzieci do spółki z Wandą Chotomską, była nie do pozazdroszczenia. W dodatku ówczesne warunki lokalowe nie zachęcały do przesiadywania w mieszkaniu. O tych czasach traktuje opowiadanie Klucz, w którym narrator-bohater wspomina o trudach życia w podzielonym na wiele mniejszych izb mieszkaniu na Poznańskiej i o wyjazdach do matki.

– Do Garwolina! Do Mamy! – jedyny ratunek.
Dobrze, że jest na pociąg. Dopadłem pociągu. Było raniutko. Szaro, deszczykowato. Praga szara. Patrzałem, bo pociąg osobowy, stare wagony, stał długo, nim ruszył, ludzie powoli dosiadali. Na ostatku jakiś zziajany pan w średnim wieku usiadł naprzeciwko. Wydał mi się podobny do sztywnego astra. Pociąg ruszył i ja zobaczyłem nad sobą tabliczkę „miejsce dla inwalidy”. Nie było już miejsc. Pomyślałem półżartem, że jeszcze mnie wezmą za inwalidę. Zacząłem półżartem ruszać nogami, rękami. Żeby było widać, że prawdziwe i czynne.
Jakoś dojechałem. Mamie i panu Antoniemu opowiedziałem. Trochę byliśmy uśmiechnięci. Ja też już. Po kilku dniach odjedzony, odprężony, wygrzany, wracałem do Warszawy. Wiedziałem, od razu wtedy przy ucieczce, że czas wszystko rozwiąże sam. Teraz wracałem pewny dobrego losu.

(Klucz z tomu Szumy, zlepy, ciągi)

To wykrzyknienie („Do Garwolina! Do Mamy!”, „Do Mamy! Do Garwolina!”), które wyznaczało niejako i kierunek, i cel wyjazdów, określa kosmos garwolińskich wypraw Białoszewskiego. Kazimiera z Perskich Białoszewska przybyła do Garwolina w 1946 roku, co zresztą wpłynęło na sytuację mieszkaniową przyszłego pisarza, który w opowiadaniu Poznańska wspominał dialog z urzędnikami dotyczący sublokatora:

– ale matka – pańska matka wyjeżdża do Garwolina. Wszystko wiedzieli.

(Poznańska z tomu Szumy, zlepy, ciągi)

Przyjechała do Garwolina z Warszawy jako osoba już nie tak młoda – urodzona w 1899 roku, miała wówczas 47 lat. Zajmowała się wtedy krawiectwem. Wkrótce – po rozstaniu z Zenonem Białoszewskim, według relacji pisarza, bez oficjalnego unieważnienia małżeństwa – poślubiła swojego pierwszego narzeczonego (i kuzyna) Antoniego Piekuta. Ponieważ większa część zabudowy miasta uległa zniszczeniu podczas wojny, zamieszkali w domu krewnej Kazimiery, nazywanej Władzią.

Obok stoi drewniany dom kuzynki Mamy, Władzi, z którą żeśmy się nie rozpoznali na pogrzebie Antoniego. Władzia ten dom wystawiła tuż przed wojną. W 1939 roku jej mąż, policjant, poszedł na Wschód. Ktoś go widział na drodze. Miał policyjny mundur na sobie. Przypuszczają, że zastrzelili go bolszewicy. We wrześniu 1939 roku Garwolin pali się cały. Tylko kominy sterczały. W październiku. Pamiętam. Bo wracaliśmy z rajzy furą przez Garwolin. Drewniak Władzi w tym żywiole ognia ocalał. Zatrzymaliśmy się w nim. Pełno ludzi. Spanie pokotem. Tylko ja zostałem na noc na furze z jednym młodzieńcem, urzędnikiem z ministerstwa, który też z nami wracał ze Wschodu. Noc była jak na październik ciepła.

Po rozejściu się z ojcem w czterdziestym szóstym roku Mama, będąc w Garwolinie w gościach, spotkała swojego kuzyna, czyli pierwszego narzeczonego, czyli Antosia. Właściwie to z ojcem wtedy nie miała jeszcze formalnego rozwodu. Ostatni raz widzieli się w czterdziestym piątym roku, ojciec powiedział, żeby szli kupić nogi do maszyny, bo główkę Mama miała ze sobą, przywiozła ze Śląska z robót przymusowych. Polecieli po te nogi od maszyny, przynieśli, pogadali chwilę. Ojciec wyszedł i więcej się już nie widzieli. Przez całe lata. Dopiero później, już kiedy byli pożenieni z innymi, zobaczyli się u mnie w sanatorium gruźliczym. Mama i Antoś wzięli ślub. Zamieszkali u Władzi. Władzi zresztą tam nie było. Tylko za ścianą drewnianą siostra i siostrzenica Antoniego. Potem Mama i Antoni  wystawili sobie murowany domek.
– Każdy, kto mieszkał u Władki – mówi Mama – pobudował się. I to ile osób, ile rodzin. Nikt z domu Władki nie wyprowadzał się inaczej niż do własnego domu. Teraz Mancewscy się budują, wyprowadzają się z domu Władki na swoje. Tylko mówią, że tego domu nie trzyma się właściciel. Władka cały czas mieszkała gdzie indziej, bo za Garwolinem, przyjeżdżała tu tylko na krótkie pobyty. Raz, jak była, to siedziała u mnie, paliła papierosy, paliła, a potem ja pełno niedopałków znalazłam na szafie. Aż tak wysoko wyrzucała niedopałki. W zeszłym roku sprzedała ten drewniak.

(Tajny dziennik)

Maryla Górka o tym, jak kilka rodzin mieszkało w jednym domu

 

Wanda Gendek o mieszkaniu w jednym domu kilku rodzin i wyprowadzce

Antoni Piekut, starszy od matki Białoszewskiego o trzy lata (ur. 1896), był urzędnikiem skarbowym, pracującym w Garwolinie i z Garwolina pochodzącym. Miron Białoszewski nie pisze o tym wprost, ale we wspomnieniach znajomych pojawia się informacja, że Antoni Piekut – nazywany grzecznie, ale i bardzo oficjalnie „panem Antonim” – i Miron nie przepadali za sobą, dlatego dopiero po śmierci drugiego męża Kazimiery jej syn zaczął częściej pojawiać się w Garwolinie. Trudno powiedzieć, czy wpływ na stosunki Piekuta i Białoszewskiego miała po prostu mocna więź tego drugiego z matką, co przy dużej atencji, jaką Kazimiera darzyła swego drugiego męża, mogło wywoływać napięcia. Na pewno w jakiejś mierze kariera zawodowa Mirona Białoszewskiego nie spotykała się z akceptacją statecznego urzędnika, o czym wspominała sama Kazimiera Piekut w audycji radiowej poświęconej poecie, przyznając, że miała podobne odczucia co do drogi zawodowej syna: „Ja to w ogóle powiedziałam, że pisać to przecież nie zawód i co z tego będzie miał. Pisarz, no, co to pisarz. I nie zapatrywali się dobrze. To takie było – pogardzane. No bo cóż to napisać. Co innego: pan doktor, pan inżynier – to jest stanowisko! A poeta? Nawet i mój mąż powiedział: no i co z tego? Poezje pisze i komu się to przyda? Przecież to trudno, żeby tak wypłynął ktoś. Zasadniczo to musi ktoś odkryć, prawda? Dlatego było powątpiewanie, trochę wątpili w tego pisarza” (Mówi Matka (Z audycji radiowej) w tomie Miron. Wspomnienia o poecie).

Wanda Gendek o Kazimierze Piekutowej (primo voto Białoszewskiej) i jej mężu Antonim Piekucie

Być może Antoniemu Piekutowi przeszkadzała także orientacja seksualna syna Kazimiery (choć się z nią nie obnosił), jego rzekoma ekscentryczność czy też nieporadność. Sam pisarz z jednej strony podkreślał centralne miejsce pana Antoniego w powojennym życiu swojej matki (już po jego śmierci notował: „W mieszkaniu Mamy po szufladach i zakamarkach wszędzie to, co było za życia pana Antoniego. Mama mówi – Nic nie ruszałam. Tak jak on poukładał, tak jest. Nie uprzątałam. Najwyżej wychodziłam z domu”), z drugiej opisywał ich uporządkowany plan każdego dnia, stanowiący przeciwieństwo jego własnego sposobu na życie. Mimo pewnej nieprzychylności nie mógł nie dostrzegać tego, że prawdopodobnie oboje Piekutowie byli zadowoleni z tego, w jaki sposób żyją. Podobnie wspominają ich ci, którzy ich pamiętają. Z tego, co Białoszewski zapisał w Tajnym dzienniku, można wnioskować o trosce, jaką Piekut otaczał całą rodzinę, łącznie z Mironem.

24 grudnia 1976
[…] Mama przysłała na Hożą życzenia dla wszystkich.
Mama ma teraz przyjeżdżać częściej do Warszawy. Za życia pana Antoniego mało miała na to czasu, zawsze się śpieszyła
– Antoni sam sobie nie ugotuje, muszę wracać.
Antoni wstawał codziennie rano o jednej godzinie, sprawdzał, ile stopni na termometrze, powoli mył się, ubierał, zjadał śniadanie i systematycznym, niespiesznym krokiem szedł do swojego Urzędu Skarbowego. Podliczał podatki i zbierał dokumentnie i uczciwie, starając się jednak nie być straszydłem dla ludzi. Będąc na emeryturze, tak samo wstawał rano, ubierał się, tyle że nie wychodził, a siadał do stołu, rozkładał księgi i liczył. Jakieś prace zlecone, podliczenia prywatne. Schodzili się interesanci, odbywał z nimi wyczerpujące konferencje.
Po południu zajmował się z Mamą ogródkiem. Dokładnie, starannie. Z rozpatrywaniem, czy to tak osłonić, a to inaczej. A może cegłami? To i to przekopać. To opielić. Rosło im dorodnie. Wieczorem patrzyli w telewizor i czytali sobie na głos książki o owocach i warzywach. Przerywając lekturę rozpatrywaniami. Wreszcie kładli się do łóżek i komentowali resztę spraw swoich, swojej rodziny, sąsiadów i znajomych. Antoni powolnym głosem. Mama z natury prędszym, ale zwalnianym przez nawyk przy Antonim. Jeżeli ja tam nocowałem w drugim pokoju, omawiali dokładnie i mnie. To, że ja mogę coś słyszeć z drugiego pokoju, było im dosyć obojętne
– A palto jakie ma? – Już stare
– A nie może kupić?
– Nie chce
– Nie chce? Powinien kupić. A do fryzjera poszedł?
– Nie zdążył
– Niech pójdzie, bo ma za długie włosy
– Powiem mu
– Daj mu na fryzjera, i niech idzie do Zawadzkiego, nie do Konopki.

(Tajny dziennik)

Krystyna Temperek (z domu Pieniążek) o małżeństwie Kazimiery i Antoniego Piekutów, o ich domu i kwiatach hodowanych przez panią Kazimierę
Dawnej dom Kazimiery i Antoniego Piekutów, dziś mieszka w nim Krystyna Temperek (z domu Pieniążek). Budynek po przebudowie. Fot. Joanna Kocon, 2015 r.

Dawniej dom Kazimiery i Antoniego Piekutów, dziś mieszka w nim Krystyna Temperek (z domu Pieniążek). Budynek po przebudowie. Fot. Joanna Kocon, 2015 r.

Mama pełna energii, czuje się dobrze, uprawia ogródek, przyjmuje gości, nosi sobie wodę ze studni, ogląda telewizję, czyta książki, słucha radia, studiuje rośliny, poducza się nadal francuskiego.

(Tajny dziennik)

MAMA WYJMUJE KOSZULE
szaliki
futro
po Antonim (mąż Mamy –
w kościele siedział
głowa na ławkę, i tyle)
– świetne na ciebie
– o, jakie eleganckie… paan
– pan
– jak nigdy, nie przyzwyczajony jestem
– to co? on to tak lubił, mój Boże

(z cyklu Garwolin i z powrotem)

Wanda Gendek o Mironie Białoszewskim

Po śmierci Antoniego Piekuta w 1975 roku Kazimiera, mająca już 76 lat, żyje ze sprzedaży kwiatów i renty po zmarłym mężu. Relacje Mirona Białoszewskiego z matką – w okresie powojennym – niezwykle trudno jednoznacznie odtworzyć na podstawie tego, co zostało zapisane przez samego pisarza. Wydaje się jednak, że mimo zdarzających się nieporozumień i dzielących ich odległości poeta był bardzo mocno przywiązany do matki. Nawet jeśli uznać to za rodzaj kreacji czy też kompensacji, próbował on, pisząc o Mamie, przyznać jej istotne miejsce w swoich utworach, uhonorować ją słowem. Miał jednak świadomość, że jego pobyty w Garwolinie są zbyt rzadkie, a odległość, która dzieli Garwolin od jego Warszawy, jest nie tylko dystansem między dwoma miastami, lecz także dystansem pomiędzy jego światem a światem matki, Kazimiery Piekutowej.

Pojechaliśmy z Leszkiem do Garwolina. Głowala nam dał klucze. Leszek wszedł do domu mojej Mamy i od razu go opanowała senność. I bierność. Powiedział, że jak nie ma tak gdzie nastroju intelektualnego, żadnych przedmiotów zajmujących, to on od razu ulega takiej drętwocie.

(Tajny dziennik)

Skutkiem narastających wraz z wiekiem i rozpoznawalnością Białoszewskiego jako pisarza różnic pomiędzy nim a matką był również nowy stosunek do samego Garwolina – ciepły, pełen sympatii i sentymentu, ale również nieco protekcjonalny. Między tym miejscem a osobą matki można postawić znak równość w twórczości Białoszewskiego. Pisząc o Kazimierze, poeta nie wychodzi poza jej codzienność, nie próbuje nawet zagłębiać się w jej duszę, nawet w typowy dla siebie sposób: opisując to, co na powierzchni. Być może jednak jego uczucia można odgadywać na podstawie utworów poświęconych Garwolinowi, również tych jeszcze z lat 60. Detal, wymiana zdań (być może między Białoszewskim a matką): „Czosnek jak perła… – dlaczego? czosnek jak czosnek”, staje się punktem wyjścia do opowieści o tym, że miasto to stale zachowuje swój charakter, podobnie jak nie zmienia się relacja poety z matką. Niewielki domek w Garwolinie do roku 1980 był dla pisarza bezpieczną przystanią, do której można zawsze przybić po długich i burzliwych rejsach po Mare Nostrum.

Garwolin – miastko wieczne

Czosnek jak perła… – dlaczego? czosnek jak czosnek

miastko nijakie
zima mu się łuszczy

nad miastkiem
niebo
czosnku
więc miastku

dni
jak czosnkowe łańcuchy

nie czujcie przypadkiem
od tych łupin
uwierania legii rzymskich?
a na obranej cząstce
oślizgu Hiszpanii?
a w cierpkości soku
sofisty?

(Było i było)

 

Jeżeli pisarz traktował miejskość Garwolina z humorem, to tym bardziej podśmiewał się ze swoich rzadkich przyjazdów do matki, w wesołym w wymowie cyklu Garwolin i z powrotem.

DRZWI MAMY

„Proszę dzwonić”
Dzwonię
– To ja
– Co? A… Chodzi tu taki jeden
– Nie bardzo mnie poznałaś
– Właśnie

Dziwić się innym

(z cyklu Garwolin i z powrotem)

A po śmierci Kazimiery notował – chociaż raczej bez zdziwienia – wrażenia z wizyty w garwolińskim urzędzie.

26 czerwca

[…] Powiedziały, żebym usiadł, żadnych interesantów nie było, więc nikt nie przeszkadzał. One mnie uświadomiły, jak to jest, że były wprowadzone w błąd […], myślały, że nikt tu się nie zajmuje tym domem, nikt nie przebywa. Jedna z nich przyznała się, że w ogóle nie wiedziała, że pani Piekutowa ma syna, bo znała Piekutową.

(Tajny dziennik)

Pod sam koniec życia Kazimiery Piekutowej, w końcu roku 1979 i na początku 1980, Garwolin okazał się dla Mirona Białoszewskiego sceną przeżyć bolesnych i intymnych, niewypowiedzianego pożegnania oraz próby utrzymania pozorów normalności – której nigdy w pełni nie było – za wszelką cenę. Przynajmniej tak odchodzenie matki Mirona, Kazimiery z Perskich, jawi nam się z dzisiejszej perspektywy, widziane przez zapisy z Tajnego dziennika. Jest to wielostronicowy zapis, który chociaż nie operuje środkami stylistycznymi wywołującymi emocje, językiem oddziałującym na wyobraźnię czy wyjątkowo naturalistycznym opisem, porusza czytelnika. Bohater-narrator jest po prostu kronikarzem odchodzenia bliskiej mu osoby, od którego próbuje się zdystansować i z którym stara się pogodzić. Śmierć Kazimiery pokazuje również bieguny w myśleniu Białoszewskiego – z jednej strony nowoczesne przekonanie o tym, że miejscem właściwym do umierania jest szpital, z drugiej fascynację tym, co paranormalne, ilustrowaną lekturą książki Życie po życiu Raymonda Moody’ego (chociaż stara się być krytyczny w rozsądzaniu tych kwestii). Ten sztafaż przeciwstawił w swoich zapiskach tradycyjnym zabiegom, którym w wiejskiej wspólnocie poddaje się ciało zmarłego.

13 września [1979]

Pojechaliśmy taksówką z Głowalą do szpitala. Tam ordynator przebrał mnie w fartuch, żeby inne baby myślały na ginekologii, że to jakiś doktor, miałem widzenie z Mamą w separatce. Mamę doprowadzili, bo jeszcze nie chodzi, ledwie się rusza, leżała na kozetce, kiedy wszedłem, bardzo wychudzona, postarzała. Zacząłem mówić sam o pozdrowieniach, o tym i owym, nie słyszała tego, potem dopiero wdała się w rozmowę. Popłakała się, ale się opanowała. Umówiłem się z nią, że posiedzę tu trochę, potem może pojadę, a potem znowu przyjadę. Że przecież jej iść do domu za wcześnie, bo kto będzie się nią opiekował. Żeby wynająć babę. Mama, że baby nie ma do wynajęcia, trudno o babę. Zajrzał ordynator, ja powiedziałem to ordynatorowi, a on mi, że
– My pani nie wyrzucamy
Na boku mi oznajmił, że z Mamą nie jest dobrze, że operacja w zasadzie się udała i nie zaszkodziła, ale zrobiła się przetoka. Założyli dren. Poza tym są zmiany w organizmie całym. Zniszczona wątroba. Tak że pewnie ze szpitala wyjdzie, ale, z drugiej strony, trzeba się liczyć z zejściem.

18 września

Dopiero dziś Leszek mi wyjawił całą prawdę o mojej mamie. Że otworzyli brzuch i okazało się, że tam rak rozgałęziony. Zaszyli bez operacji.
Lekarz przekazał mi tylko częściową prawdę, żeby mnie oszczędzić.

 

sobota, 23 lutego [1980]
Pojechałem taksówką, strasznie połamany, zmęczony, niewyspany. Mama siedziała na łóżku w szlafroku, ale w butach do wyjścia. Tylko założyła na siebie szybko palto i torbę do ręki. I już. Raźno się ruszała. Chwaliła się, że pierwszy raz od czterech miesięcy sama nałożyła pończochy i buty na obydwie nogi. Bo niespuchnięta i może się ruszać.
W domu zaraz nabrała ruchów domowych. Zadzwoniła do swojej koleżanki Geni na Młociny. Wieczorem zatelefonowała Stefa. Zadyszana. Leży chora od tygodnia. Miała chęć, żebym ja przyszedł, ale Mama jej wytłumaczyła, że ledwie chodzę, jestem połamany i zaraz zresztą odjeżdżam, bo mam wyjazd do Poznania na wieczór autorski.
Jakieś splątanie zmęczenia, niewyspania i nerwowości – i prawie nie dało się chodzić. Ani schylać. Odespałem trochę wieczorem. Przyśniło mi się, że się topiłem, czyli coś z sercem. Ale po tych pół spaniach, pół drzemkach troszkę lepiej. Miałem jechać w poniedziałek rano albo w niedzielę po południu, ale ustaliłem z Mamą, że lepiej w niedzielę przed świtem, bo luźno. Mama nie jest uciążliwa, jeżeli chodzi o te moje odjazdy. Tym razem rozstaliśmy się dobrze, nawet było mi żal tego wszystkiego, byłem niezadowolony z siebie, że muszę odjeżdżać. Ale kiedy podniosłem się z siedzenia autobusu i stanąłem na chodniku, poczułem, że jednak trzeba było wyjechać, bo połamał mnie chyba reumatyzm i w ogóle osłabienie.
Mama zdaje sobie sprawę, że z nią jest źle. Ostatnia poprawa wpłynęła na jej humor, ale z drugiej strony ona wie, że znowu zacznie puchnąć. Na razie nie zaczęła, ale boi się, że to nastąpi. Mówi już właściwie o swojej śmierci. Do Geni przez telefon, że trudno, że przecież trzeba umrzeć kiedyś. I że to jej pora. Rodzina Pieniążków o imieninach. Że wybierają się do niej. Ona to traktuje ulgowo. A niech przyniosą ze sobą do picia i do jedzenia, to ich przyjmie. Tak że, jednym słowem, jest między oczekiwaniem na imieniny i oczekiwaniem na śmierć.

 

Wielki Piątek, 4 kwietnia
Śpię, a tu słyszę przez zatkane watą z woskiem uszy dzwonki. Raz, drugi, trzeci. Spałem dalej, chociaż już mnie wziął w swoje obroty niepokój. Że coś z Mamą. Ale postanowiłem się wyspać, żeby mieć siłę do zniesienia tego, co mnie czeka. Było i tak popołudnie. Po którymś dzwonku przebudziłem się na dobre, doszedłem do drzwi, wisiała na nich od zewnątrz kartka, że z Mamą bardzo źle, żeby tam jechać. Zawiesił kartkę dozorca po telefonie od Jadwigi.
Przesiedziałem noc u Jadwigi. I o czwartej nad ranem poszedłem na Dworzec Śródmieście. Padał śnieg, zimno. Na dworcu w poczekalni wariatka przekładała sobie palto, swetry, przebierała się, wybuchała papuzim śmiechem, tarmosiła jakiegoś innego śpiącego na ławce.
Prosto z autobusu do szpitala taksówką. Mama leżała na korytarzu, gdzie nie było tak strasznie, jak przypuszczałem. Bo luz na święta, puste łóżka. Cicho i ciepło. Mama co pewien czas popijała łyk albo dwa łyki płynu, ale wymiotowała po nim. Wymiotowała wątrobą. Tak już od trzech dni. Tam w środku wszystkie wnętrzności były już w stanie rozpadu. Ale nie było bólów. Była tylko obolałość i ostateczne wycieńczenie. Mama spokojnym głosem powiedziała mi, że spisała u Głowali testament, podpisało się dwóch świadków, do rejenta już nie zdążyła. Była u spowiedzi, Komunii i miała Ostatnie Namaszczenie. Nic już mi nie wspominała o powrocie do domu, o ogródku. W pewnym momencie Mamie pomyliło się coś z adapterem, tym, który ja przywiozłem, że ten adapter jest tu, że tu na nim grali. Ona im mówiła, a oni twierdzili, że żadnego adaptera tu nie ma. I ja dopiero po pewnych zdaniach zorientowałem się, że to coś nie tak. Pytam ją, jaki adapter i gdzie? tu czy w domu? Na to Mama zaczęła na mnie patrzeć i w końcu stwierdziła
[…]
Zasypiała, budziła się, a właściwie to już było umieranie. Tak pomyślałem, że to się już zaczęło. Ale nie wiadomo, na jak długo się zapowiadało, coś Mamie mówiłem, przeważnie mnie nie słuchała. Tylko jak wspomniałem o pójściu do Pieniążków, że mnie zaprosili na śniadanie, to Mama mnie upomniała słabym głosem, żebym u nich nie jadł kapusty i w ogóle uważał, bo u nich wszystko tłuste. Potem znowu już była zajęta tylko sobą, to znaczy nie tyle zajęta, ile w ogóle bezsilna. Pomyślałem, że marność tej sytuacji polega na tym, że nie ma siły zawołać, przywołać przechodzącej koło niej salowej. Nawet jak coś potrzebuje, to nie ma jak zawiadomić. Wiedziałem, że kuzynki mają przyjść po południu. Mama półdrzemała. Posiedziałem przeszło godzinę i powiedziałem, że na razie pójdę do domu. W domu byłem już zmęczony i chciałem spać, ale przypomniało mi się, że Maniusia miała chęć przyjść do mnie, nie wypadało jej ciągle odganiać. Zadzwoniłem do niej i zaprosiłem ją. Ona ledwie przyszła do siebie z miasta, ale była gotowa
– Już idę
Za godzinę przyszła. Siedzieliśmy, ona w czarnej chustce, ja w piżamie. A tu telefon.
Kuzynki dzwonią ze szpitala i mówią, że Mama chce wracać do domu. Ja zaskoczony, mówię, że nie. Że ma tam zostać. One dzwonią za dziesięć minut, że
– Ciocia chce wracać do domu
Ja się zdenerwowałem i powiedziałem, że ona jest nie bardzo odpowiedzialna i że nie trzeba jej słuchać, potem do szpitala już nie wezmą. Ona na to, że od soboty ona i tak jest wypisana. Ja się zdenerwowałem bardzo. Maniusia mnie podtrzymywała w mojej decyzji. Powiedziałem w końcu, że ja tutaj przecież nie będę wiedział, co robić. One jednak do mnie, że muszę być w domu, bo one nie mają kluczy, a mogą z ciocią przyjechać (z moją Mamą). Za pięć minut znowu telefon, że
– Ciocia woła, że chce do domu, że chce w domu umierać
Ja się znowu zdenerwowałem, cały roztrzęsiony zacząłem krzyczeć do słuchawki, że chyba ucieknę stąd. One na to, że biorą na swoją odpowiedzialność to przywiezienie Mamy. Ja do nich „Róbcie, co chcecie”. Dzwoniły jeszcze do pana Głowali, żeby do mnie zadzwonił. A ja mu powiedziałem, że w końcu nie odpowiadam za siebie.
W parę minut później ruch. Wpadają kuzynki przejęte i zagniewane. Że ciocia przyjechała. Wypadają na dwór i do karetki. Ja za nimi na ganek. Widzę nosze wynoszone z karetki.
I słyszę głos Marysi
– Ciocia już nie żyje.
Wnieśli Mamę. Prędko na tapczan. Sanitariusz sprawdza oddech w lusterku. Oddechu brak. Odjeżdżają. Dziewczyny plączą. Maniusia też. Maniusia zawiązuje Mamie chustkę pod brodę. Ja akurat wchodzę do tego pokoju, słyszę głośny wydech. Myślę sobie, czy to Mama? chyba niemożliwe. Pewnie któraś z tych żywych. Potem okazało się, że to jednak Mama. Wydech chyba był mechaniczny. Dziewczyny, kiedy już się uspokoiły, rozmawiały ze mną. Jedna z nich, która czytała Życie po życiu, uważała, że być może to było jakieś ostatnie westchnienie, wypuszczenie tchu.
– Ciocia tak chciała do domu, cała już była obumarła. Ale umysł jeszcze działał, mogła nawet widzieć, że jest w swoim pokoju, i wyrwało jej się westchnienie ulgi.
Ja uważałem, że to już przesada. Ale na to kuzynka, że granica między życiem a śmiercią jest nieuchwytna.
Kuzynki zaczęły Mamę myć, przebierać. Mama leżała na podłodze. Przyszedł Głowala i ojciec dziewczyn, Pieniążek. Pojechali po trumnę. Przywieźli. Mama ułożona w trumnie leżała w swoim pokoju. Zaczęli się schodzić ludzie.

(Tajny dziennik)

Po śmierci matki jeszcze przez kilka miesięcy Miron Białoszewski bywał w Garwolinie. Jego przyjazdy do domu po matce i panu Antonim związane były z planami, by w nim zamieszkać i tworzyć. Początkowo ogarnął go entuzjazm, jednak stopniowo w swoich dziennikowych zapiskach dawał wyraz coraz większemu rozczarowaniu otaczającymi go ludźmi i sprawami związanymi z domem („Coraz większą rację przyznaję pośmiertnie Mamie co do jej podejrzliwości wobec różnych tu osób i w ogóle wobec różnych osób w życiu”). Okazało się, że krewni Antoniego Piekuta zawnioskowali o oddanie im udziałów w domu, co sądownie miało zostać uregulowane. W dodatku jego wyobrażenia o wolności zderzały się z oczekiwaniami lokalnej wspólnoty – to, co w przypadku ogrodu Miron uważał za swoiście piękne, otoczenie brało za zapuszczone i niebezpieczne („Pieniążek patrzał na pokrzywy i narzekał, że z każdego kwitnienia będą potem nowe posiewy pokrzyw”). Po pewnym czasie Białoszewski miał już dość zajmowania się przedmiotami, które pozostały po matce („Ciągle mam od ludzi jakieś propozycje, uwagi, komentarze. Toteż zamykam się zwykle w dni nieumówione na klucz i na kłódkę od uliczki, na szczęście ślepej”). Ostatecznie dla spokoju ducha i by nie mieć kłopotów z mieszkaniem na Lizbońskiej, sprzedał swoje udziały w nieruchomości spadkobiercom Antoniego Piekuta, zamykając garwoliński rozdział swojego życia („pakowanie magnetofonu, gramofonu, słoików z dżemami, psy, błoto, trudne wykręcanie samochodów, całusy z panną Andzią i odjazd do Warszawy”).

Miejskie legendy

W Garwolinie wielkim mieście
Jest kościołów chyba dwieście
– Tak było w książce dla dzieci, czytałem – mówi pan Antoni, garwolak.

(Garwolineum z tomu Donosy rzeczywistości)

Cytowany przez Mirona Białoszewskiego dwuwiersz dotyczący liczby kościołów w Garwolinie nie jest znany mieszkańcom miasta. Bardzo możliwe, że pan Antoni go zmyślił lub sparafrazował znaną z mu dzieciństwa rymowankę, która mogła pochodzić z utworu dotyczącego Rzymu lub Krakowa. Jednak, co ciekawe, dalsza część pierwszego utworu z krótkiego cyklu zatytułowanego Garwolineum – umieszczonego w tomie Donosy rzeczywistości z roku 1973 – jest obecna w pamięci mieszkańców, wprawdzie w nieco innej wersji.

Wracam ze spaceru po Garwolinie, mówię:
– Jest neonik z noclegami
– a to ten Maszyński – mówi pan Antoni – tylko ciekawe, czy to ojciec prowadzi, czy syn
– e, chyba syn – mówi Mama – gdzie by ojciec
– I wychodek podziemny jest – mówię – wielkie miasto
– A, to pilnuje go Baculewicz – na to pan Antoni – burmistrz
– jak to?
– no, był burmistrzem, po wojnie zaraz
–  to tak nisko upadł?
– nie umiał czytać, jak przyszło pismo tajne, to dał sekretarzowi, żeby mu czytał na głos, ale zatkał mu uszy, żeby nie słyszał

(Garwolineum z tomu Donosy rzeczywistości)

Edmund Kocon o burmistrzu w szalecie

W wydawnictwach poświęconych historii Garwolina owa legenda, związana z degradacją karierowicza – w jednej wersji narzuconego przemocą, obcego, w drugiej rodzimego, ale głupiego – nie znajduje potwierdzenia.

Historia Garwolina

300 LAT ZWYCIĘSTWA
w Garwolinie
na słupie.

Obliczam.

Nic mi nie wychodzi.

(z cyklu Garwolin i z powrotem)

Stosunek Mirona Białoszewskiego do Garwolina i jego historii można uznać za nieco ironiczny, prześmiewczy. Wyraził go zarówno w wierszach wydanych jeszcze w latach 60., przede wszystkim w tomie Było i było, jak i w Donosach rzeczywistości, a także w zbiorze wierszy Odczepić się, z którego pochodzi cykl Garwolin i z powrotem. A przecież miasto, z którego się podśmiewa, otrzymało prawa miejskie w 1423 roku, a więc zapewne niedługo później niż Warszawa. Nazwa Garwolin, zapisywana jako Garwolino już w średniowiecznych dokumentach, pochodzi prawdopodobnie od nazwisk Garwoł, jednak sami garwolacy często uważają, że ma ona związek z gawronami lub garbowaniem skóry.

Wanda Gendek o garbowaniu skóry i jubileuszu 550-lecia miasta

W wierszu zaczynającym się od słów Garwolin ma bloki, owszem” poeta wręcz buduje miejskość Garwolina z tego, co wiejskie, a więc demaskuje jego rustykalny charakter i rzeczywiście dzięki plastyczności opisu z sukcesem przemawia do wyobraźni czytelnika. Jednocześnie w tym samym utworze w zaskakujący sposób udało się Białoszewskiemu utrwalić historyczny obraz Garwolina – z budami i budkami, o których raz po raz wspominają garwolacy.

***

Garwolin ma bloki, owszem
boki, tyły, budki, barak na dole,
Mówili, że to tramwaj, gęsty to był,
tyle że wysiedli, na lepsze, kozy,
dużo ma, gęsi, moczone na żywo w
w wodzie pod 22 Lipca (taka
bulwar), i słynie z baranów
na kożuchy, aż zatykają sto
pekaesom, jak wracają, ale
krowy wykręcają ulicami
– jakimi?
– ważnymi, z ważnej do ważnej
– to gdzie idą?
– do siebie, mieszkają w śródmieściu

(Było i było)

Maryla Górka komentuje wiersz Garwolin ma bloki, owszem… i opowiada o tym, z czego miasto słynęło

2 grudnia 1975, piątek, w Garwolinie

Jestem w Garwolinie u Mamy. Poszliśmy kupować baranie rękawiczki i pantofle (Garwolin słynął z wyrobów skórzanych i kożuszniczych.) Po trudach dobrało się. Ale przyszło mi do głowy, żeby jeszcze jedną parę pantofli kupić, bo akurat spojrzałem na te, które mam na nogach, i zobaczyłem, że puszczają w szwach. Wstąpiło się do innego sklepu. Nic nie pasowało. Powiedziałem
– Trzeba było kupić w tamtym drugą parę takich samych.
– Nie – Mama się skrzywiła, a ja sobie przypomniałem
– A, zdaje się, to była ostatnia para takich. – Tak.

(Tajny dziennik)

Wanda Gendek o tym, czy można było napisać, że „Garwolin ma bloki, owszem, boki, tyły, budki, barak na dole”

Trochę naigrawając się z prowincjonalności Garwolina w latach 60., Białoszewski wydobywa jednocześnie jego urok i egzotykę, która z jednej strony opiera się na niezwykłości krajobrazu, z drugiej na oriencie ukrytym w języku, a dokładniej w niecodziennych nazwiskach mieszkańców (dziś dzięki temu, że groby na garwolińskim cmentarzu zostały zinwentaryzowane, wiadomo, że są tam pochowane trzy Stanisławy Afrykańskie, w trzech różnych grobach, zmarłe w odstępie pięciu lat).

Plan Garwolina

Ta ulica dochodzi do świni prośnej
w dwa rzędy drzwi w koc w dziury
W noce Kabirii tyle że słońca a
słońca tu wyżej tu niżej pieją barak

szkoła płot tapczan na dworze
ta pani znaczy druga leży
aż się można zląc pod parkanem
pani Perskiej mówiła do pani Perskiej
–  tak mi dobrze tu będę
spała i spała – i spała w dzień
i w nocy może
pani Perska to jest
moja mama z domu śpiąca w do-
mu zapytana przeze mnie z Adamem
żeby Adam w gościach słyszał:
– mama, prawda że tu jest
pani Afrykańska?
– jest dwie, i to nie rodzina

sierpień 1963

(Było i było)

Do Garwolina i z Garwolina

Mimo powracającego kilkukrotnie w twórczości Białoszewskiego, cytowanego już wykrzyknienia „Do Garwolina! Grochowską” autobus PKS był tylko jednym z możliwych sposobów dotarcia do Garwolina w przeszłości dla tych, którzy nie posiadali samochodu. Drugim wykorzystywanym przez pisarza środkiem transportu był pociąg, który dojeżdżał do Woli Rębkowskiej, a jechał przez Otwock i Pilawę. W Tajnym dzienniku Białoszewski zanotował obserwacje ze swego pobytu na stacji w drugiej ze wspomnianych miejscowości – Pilawa leży za Otwockiem, na przedłużeniu tej samej linii kolejowej, więc można ją niejako włączyć w obręb obserwacji czynionych i utrwalanych podczas podróży linią otwocką:

Czekałem z okazji przechadzki wieczorowej na długim chłodzie w Pilawie. Koło stacji przypięte do drzewa „ZAPRASZAMY! CHCESZ MILE I PRZYJEMNIE SPĘDZIĆ SOBOTNI WIECZÓR DNIA CZWARTEGO ZERO DZIEWIĄTEGO SIEDEMDZIESIĄTEGO SZÓSTEGO ROKU, PRZYJDŹ NA ZABAWĘ DO LIPÓWEK, KTÓRĄ UMILI CI NIE TYLKO DOBRE TOWARZYSTWO, LECZ ŚWIETNIE GRAJĄCY ZESPÓŁ”.
Obok w jasno oświetlonym wychodku napisy na ścianie
„Pielgrzym Jerzy ma trypla, to huj nie komendant MO”.
A za przegródką
„Owiczówna i Owska to najgorsze kurwy i prostytutki w Pilawie i okolicy, wytrzymały po szesnastu chłopców i chciały jeszcze. PS. Pisane pod słowem honoru, że to prawda”.

(Tajny dziennik)

W przypadkach ekstremalnych – a takim była niewątpliwie choroba matki – zdarzało się Białoszewskiemu wracać z Garwolina do Warszawy taksówką. Można to jednak uznać za pewną ekstrawagancję, praktykowaną również ze względu na własne złe samopoczucie w tym okresie („I zaraz wróciłem taksówką do Warszawy”).

Edmund Kocoń o dojazdach do Warszawy w przeszłości
Maryla Górka o dawnych wyjazdach do Warszawy
Barbara Gendek o dojeżdżaniu z Garwolina do Warszawy
Wanda Gendek o wyjazdach do Warszawy w celach kulturalnych
Dużo o ludziach

– Na operze trzeba się znać
na Lidze Kobiet w Garwolinie mama
– o właśnie, to jest powiedziane mądrze
ciotka Jadźka tamże

(Proza stojąca, proza lecąca)

Spośród zapisków z Tajnego dziennika można łatwo wyodrębnić te, które powstały w Garwolinie lub po powrocie z Garwolina. Pojawiają się tam nazwiska wielu osób, które żyły lub żyją w tym mieście, często w kontekście trudnych, smutnych, dramatycznych, ale czasem również radosnych wydarzeń z ich życia. Trzeba pamiętać, że Białoszewski – chociaż tak jak w swoim pisarstwie próbuje pewne sprawy łagodzić – to, co notuje, pisze z bardzo osobistej perspektywy, która nawet po latach może być jeszcze odczuwana jako niesprawiedliwa przez opisanych. Pośród garwolińskich zapisków pojawiają się również notatki o ludziach, którzy już nie żyją, a którzy w jakiś sposób zapisali się na kartach historii miasta. Notatki Mirona Białoszewskiego nabierają w tym kontekście wartości źródła historycznego, często są bowiem jedynym – poza dokumentami urzędowymi – źródłem wiedzy o zwykłych mieszkańcach Garwolina. Warto sięgnąć po Tajny dziennik wydany przez wydawnictwo Znak, żeby przeczytać o nich wszystkich. Z galerii ciekawych a zapomnianych osób jnie można nie wydobyć kilku postaci.

 

Ciotka Jadźka

Ciotka Jadźka, garwolińska poetka w wieku Mamy, lepiej teraz wygląda
– A bo ona się teraz gimnastykuje. Całe lato i całą jesień wylatywała boso na rosę w sukience z krótkimi rękawami tu pod drzewa, na trawę, za bloki i tak, ręce do góry, ręce w bok, rozczochrana. I biega. Ja mówię do niej „Jadzia, ludzie cię biorą za wariatkę”. „A niech biorą”.

(Tajny dziennik)

Wanda Gendek o Jadwidze Baduchowskiej (Paduchowskiej), nazywanej przez Białoszewskiego „garwolińską poetką”

24 maja [1980]
Zaszła do mnie ciotka Jadwiga, tutejsza poetka, rozejrzała się po ogródku
– Piękne te mlecze, jaki piękny wysyp kwiatów!
Byłem u niej w mieszkaniu. Powiedziała, że napisała do „Kulis” artykulik pod tytułem Samotność. I zaczęła od słów: „Samotność? Nigdy nie czuję się samotna”.
Ciotka Jadwiga poetka mówi do mnie
– Samotność rzecz bezcenna
wtorek, 3 czerwca
Potem zaszedłem o dwa bloki dalej do wychowanicy ciotki poetki, czyli do Zosi Paduchowskiej. Tam dzieci, które poszły spać po rozbrykaniu. A Zosia i jej mąż zaczęli mi opowiadać o duchach.

 

W sierpniu zeszłego roku Zosia i jej mąż przeprowadzali się z jednego bloku do drugiego, bo dostali większe mieszkanie. Robili to w nocy. Do rana. Rano, a właściwie nad ranem, kiedy zajęci byli przenoszeniem gratów w dziecinnym wózku, nagle spojrzeli na niebo, a na niebie w nieokreślonej odległości i na nieokreślonej wysokości żarzyła się kula. Patrzyli: ona się żarzyła, poruszała, a potem odleciała. Znikła. Stwierdzili, że to nic innego, tylko UFO.

(Tajny dziennik)

 

Ciotka Andzia i piekarz Wacek

7 maja [1980]

Nareszcie cieplejszy dzień. Byłem między polami na spacerze. Przyszedł do mnie po południu bliski krewny ciotki poetki i Zosi. Stary piekarz oryginał. Opowiadał o przyjazdach ciotki Andzi deklamatorki na kufrze przed tamtą wojną jeszcze. Ciotka Andzia ze swoją bratową wyjeżdżały z Warszawy już o czwartej rano pociągiem, tu zajeżdżały po siódmej, brały furmankę albo dorożkę i jechały do Czyżkowa do rodziny. Tam właśnie ten piekarz Wacek oryginał jako mały chłopczyk przebywał u dziadków i uczestniczył w przyjazdach ciotki Andzi. Bardzo ją chwalił i bardzo go interesowała. Deklamowała różne poematy i wiersze z żółtych książeczek. Jeden z takich poematów on zapamiętał, zaśpiewał mi pierwszą zwrotkę. O zbóju Rinaldim. Potem zeszła rozmowa na jego wieś, w której mieszka – Puznowo – i na to, że tam mieszkają jacyś Annasze. A okazało się również, że gdzieś mieszka i Kajfasz. Oryginał piekarz Wacek twierdzi, że po zamordowaniu Chrystusa Annasz i Kajfasz uciekli przez Syrię i Kaukaz do Polski, a za nimi zniknął Piłat. Bo było tak, że po zamordowaniu Chrystusa Piłat opowiadał cesarzowi rzymskiemu choremu na puchlinę wodną o cudotwórcy Jezusie. Cesarz już się nie zastanawiał, kto to, co to, tylko zapowiedział „Dajcie mi tego pana, niech mnie uzdrowi”. Wtedy Piłat usłyszał, że niejaka Weronika przetrzymuje chustę z odbiciem oblicza cudotwórcy Jezusa zamordowanego. Nakazał rewizję. Znaleźli tę chustę u Weroniki w łóżku. Ale ona w tym łóżku nie spała. Na tej chustce było wyraźne odbicie twarzy. Piłat zawiózł chustę cesarzowi. Cesarz spojrzał na nią i był uzdrowiony. Skoro się dowiedział o zamordowaniu cudotwórcy, swojego dobroczyńcy, postanowił zemścić się na Żydach i ich skazać na śmierć. Ale ktoś doniósł Kajfaszowi i Annaszowi, że grozi im zemsta cesarza, i oni szybko wieczorem posprzedawali, co mieli, i w nocy uciekli. Kiedy Wacek piekarz był młody, sympatyzował w pewnej kobiecie o surowym rzymskim wyglądzie. Ona powiedziała, że oświadczyny mogłyby być przyjęte, ale kiedy ona patrzy na Wacka, to widzi, że jego wzrok gdzieś błądzi za oknem i nie słucha kogoś, a jest w swoich myślach. Do ożenku nie doszło. Natomiast Wacek dowiedział się później, że była narzeczona miała na nazwisko Piłat.

 

wtorek, 3 czerwca

Od trzech dni piszę deklamację garwolińską o chuście Weroniki. Bo opowieść Wacka piekarza zaintrygowała mnie. Pomyślałem, że szkoda tego tematu na kawałek prozy dziennikarskiej, że trzeba by napisać balladę. Najpierw myślałem o rytmie ósemkowym częstochowskim. Ale wychodziło za bardzo wulgarnie. Postanowiłem rytm skrócić. Na szóstkowy. Trudniejsze to, bo krótsze wiersze i trzeba więcej upychać treść. Ale zaczęło mi to wychodzić.

Przejrzałem to teraz i nabrałem znowu wątpliwości. Balladę trzeba bardzo jeszcze dopracować.

(Tajny dziennik)

Wanda Gendek o Andzi, „deklamatorce na kufrze”

 

Kościelny Michałek, a właściwie Michał Litkowski

Kościelny, nazywany Michałkiem, o którym poeta wspomina przy okazji tradycyjnego czuwania przy zwłokach matki, naprawdę nazywał się Michał Litkowski. Był niemal rówieśnikiem Kazimiery Białoszewskiej – urodził się w 1898 roku w Sławatyczach w powiecie włodawskim. Do parafii w Garwolinie przybył w 1927 roku wraz z księdzem Marianem Juszczykiem, który został wówczas mianowany dziekanem dekanatu garwolińskiego i zastępcą proboszcza parafii Przemienienia Pańskiego w Garwolinie. Od tego czasu w garwolińskiej parafii mieszkał i pracował jako kościelny, organizując bractwa modlitewne i pielgrzymki. Zmarł w 1987 roku, w wieku 89 lat. Do dziś pamięta się o nim w garwolińskiej parafii.

Maryla Górka o rodzinie Tomalów i kościelnym Michałku

Pan Michałek zapisał się w historii parafii nie tylko swoją pobożnością, ale i brawurową akcją. 17 lipca 1942 roku ksiądz Marian Juszczyk, który przez dwa lata był kapelanem obwodu AK Garwolin „Gołąb”, został schwytany przez Niemców i rozstrzelany na drodze z Pilawy do Łucznicy. Michał Litkowski pod osłoną nocy wykopał ciało księdza i pochował na garwolińskim cmentarzu.

Wieczorem słyszę, że ma przyjść Michałek odmawiać różaniec, prowadzić modlitwy. Że to specjalista. Czekają na niego. Wreszcie otwierają się drzwi. Wchodzi stary, gruby dziad na lasce wsparty. Ja się zdziwiłem. A oni mi tłumaczyli, że to stary kościelny na emeryturze. Mnie się przypomniało, że kiedyś, jak poszedłem za życia jeszcze Antoniego do kościoła i oglądałem malowidła na ścianie, zainteresowało mnie takie z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku malowidło przedstawiające Izydora oracza. Któremu anioł pomaga orać. Mówię o tym do Antoniego, a Antoni, że to kościelny Michałek w młodości pozował do tego Izydora.

(Tajny dziennik)

Wanda Gendek o kościelnym, nazywanym Michałkiem
Kościół p.w. Przemienienia Pańskiego w Garwolinie konsekrowany w 1900 roku. Fot. Olga Ostolska, 2012 r. (CC BY-SA 3.0)

Kościół pw. Przemienienia Pańskiego w Garwolinie, konsekrowany w 1900 roku. Fot. Olga Ostolska, 2012 r. (CC BY-SA 3.0)

Wanda Gendek o kościołach w Garwolinie

Żeby pamiętać

IDĘ PO CHLEB DLA MAMY

Mijam dwie kaczki.
– Całe życie w Garwolinie?
– Dlaczego nie?

Kury
już na grzędzie
dużo piór rozłożyły.
Dorodne.

Chce się życia dorodnego.

Bo jak duch,
to bez niczego.
Dlaczego leci się tak
na tego ducha?
Te pióra niewidzialne?

Ale nim co,
to podfruwać trzeba
na tych

(z cyklu Garwolin i z powrotem)

Fot. Joanna Kocon, 2015 r.

Rzeźba upamiętniająca – nieoczywiste i niejednoznaczne – związki Mirona Białoszewskiego z Garwolinem. Na cokole umieszczono fragment wiersza IDĘ PO CHLEB DLA MAMY. Fot. Joanna Kocon, 2015 r.

Wanda Gendek o tym, czy garwolacy czytają Białoszewskiego

Garwolin dziś
Maryla Górka o rozbudowie i rozwoju Garwolina w ostatnich latach
Garwolin_Urząd_Miasta_AL01

Gmach Urzędu Miasta w Garwolinie. Fot. Aneta Lazurek, 2012 r. (CC BY-SA 3.0)

Wanda Gendek o zmianach w Garwolinie w ostatnich dekadach

Co zaskakujące, chociaż mieszkańcy Garwolina przyznają, że miasto w ostatnich latach zmieniło się i rozwinęło, wciąż uznawane jest przede wszystkim za miasto kuśnierzy, w którym produkuje się wyroby skórzane. Być może ma to związek z polityką historyczną władz miasta, które starają się kultywować lokalną tradycję. Przez wiele lat równolegle do cywilnej historii miasta toczyła się jego militarna historia. Lokalizacja na przedpolu stolicy, a także tradycje sięgające czasów odzyskania niepodległości przyczyniły się do tego, że po II wojnie światowej umieszczono w Garwolinie Wojskową Komendę Rejonową, a w latach 60. Powiatowy Sztab Wojskowy, by w 1975 roku utworzyć tutaj Wojskową Komendę Uzupełnień, do której przybywali rekruci z pobliskich wsi, miasteczek i miast. Armia była przez dekady obecna w krajobrazie miasta, a sam Garwolin pozostawał na długo we wspomnieniach poborowych. Warto jednak mieć świadomość, że w ostatnich latach znacznej części ludności Warszawy i Mazowsza hasło „Garwolin” kojarzy się z… nabiałem, z Okręgową Spółdzielnią Mleczarską. OSM Garwolin to przedsiębiorstwo – z siedzibą w Woli Rębkowskiej, czyli miejscowości przylegającej do Garwolina – którego produkty mleczne (m.in. twarogi, serki homogenizowane i mleko) ze względu na bliską odległość trafiają do warszawskich sklepów. Założone w 1946 roku, w obecnej lokalizacji znajduje się od 1956. Być może gdyby dzisiaj Miron Białoszewski pisał o Garwolinie, zrelacjonowałby historię jakiegoś garwolaka o tym, że ostatni komunistyczny prezydent tego miasta pracuje obecnie przy kasie w punkcie gastronomicznym znanej sieci fast food z literą M w logo, otwartym w Garwolinie kilka lat temu, a zamiast po chleb dla mamy szedłby do sklepu po twaróg.

Barbara Gendek o tym, jak zmienił się Garwolin przez ostatnie lata
Edmund Kocoń o rozbudowie Garwolina i kuśnierstwie
Garwolin_-_cmentarz

Cmentarz wojenny w Garwolinie. Fot. Michał Jamrozik, 2008 r. (CC BY 3.0)

Edmund Kocoń o jednostce wojskowej w Garwolinie i o cmentarzu wojennym Armii Radzieckiej

(MG)


Nota od redakcji: autorką współczesnych zdjęć miejsc związanych z Mironem Białoszewskim oraz nagrań dźwiękowych jest Joanna Kocon. 

Bardzo dziękujemy wszystkim, którzy zgodzili się porozmawiać w Garwolinie o Mironie Białoszewskimmieszkańcach Garwolinaa także o samym mieście kiedyś i dziś.